Siemanko, tu Karol, pomysłodawca i współzałożyciel takich projektów jak Swords Athletics czy Atom Popup.
Moja przygoda z bieganiem zaczęła się wieki temu, pochodzę z rodziny o sportowych tradycjach i od najmłodszych lat przejawiałem zainteresowanie aktywnością sportową. W 4 klasie podstawówki zostałem ściągnięty do SMS-u i w zasadzie całą swoją edukację (podstawówka – gimnazjum – liceum – studia) uprawiałem sport – bieg 400 m przez płotki (w pewnym momencie na raz trenowałem bieganie, koszykówkę i jeździłem na deskorolce).
Zawsze miałem talent do sportów, ale zabrakło mi konsekwencji i poświęcenia, by robić to na najwyższym poziomie, skończyłem trenować na poważnie pod koniec liceum z powodu kontuzji.
Do biegania wróciłem jakoś w okolicy 2009 roku, ale tym razem w bieganiu szukałem czegoś innego, co później znalazło odzwierciedlenie w takich projektach jak Swords.


Obserwuję rozwój sceny od ponad 30 lat. Mój tata z kolegami założył swoją ekipę BKL (Bielański Klub Biegacza) we wczesnych latach 90. Panowie poza wspólnymi treningami jeździli na wyjazdy biegowe, a czasem chodzili razem na piwo. Ja swoje pierwsze biegowe crew założyłem w 2015 roku.
Wtedy w Polsce nie było żadnej innej takiej grupy – były kluby (takie jak mojego taty lub bardziej profesjonalne), które skupiały się na treningu sensu stricte, natomiast brakowało w nich filarów socjalnych i estetycznych (przynajmniej ja nie znalazłem takich), a to dla mnie stanowi element kultury biegowej równie istotny jak sama aktywność sportowa.
Ciężko więc mówić o „kulturze”, bo kiedy ja wystartowałem ze swoją pierwszą grupą, to jej nie było…


„Bieganie staje się subkulturą z własną modą, językiem, brandami i zajawkami wokół biegania.”
Natomiast sama kultura biegowa taka, jaką poznałem (Bridge The Gap), trochę przygasa przez hiperbolizującą popularność biegania oraz wysyp run clubów.
Dla mnie drajwerem do działania była chęć uczestnictwa w projekcie Bridge The Gap – cały ten ruch był i nadal jest dla mnie esencją. Razem z trzema zaprzyjaźnionymi ekipami z Londynu (Your Friendly Runners), Amsterdamu (Bambas) i Brukseli (Carbon) założyliśmy Long Distance Bureau.
Projekt, który pokazuje, że bieganie mimo barier (językowych i klubowych) łączy, pozwala znaleźć przyjaciół i wspólnie realizować międzynarodowe projekty. Cieszy mnie rosnąca popularność biegania, ale dla mnie osobiście kultura biegowa to nie TikTok, matcha i współprace – to relacje, które nawiązywaliśmy latami, jeżdżąc po świecie, od Berlina, Amsterdamu, przez Kopenhagę czy Seul (i wiele innych miast i państw).


Wydaje mi się, że wszystko na raz. Fajnie, że powstają nowe firmy i bieganie wizualnie wygląda coraz lepiej. Myślę, że dla niejednej osoby fajny biegowy set jest motywacją, żeby wyjść z domu… Sama manifestacja biegania przez ubiór jest faktem, firmy biegowe wchodzą do popkultury i na wybiegi, mamy do czynienia z internalizacją i normalizacją strojów sportowych na co dzień.
Ubiór biegowy to istotny element mojego DNA, jestem fanem stylu sport casual / athleisure. Pamiętajmy tylko, że dla marek to jest biznes, więc wybierajmy rozsądnie :)
Na koniec anegdotka – jak wystartowałem z pierwszą ekipą, to był przykaz, żeby biegać ubranym na czarno (wszystko wtedy było pstrokate i, mówiąc wprost, obrzydliwe). Fajnie, że teraz ubrania lepiej wyglądają niż te parenaście lat temu.

2 lata po tym, jak założyłem pierwszą ekipę biegową, zdecydowałem się z niej odejść i założyć nowy projekt. Zebrałem grupę znajomych z biegania, przedstawiłem koncept, jaki na to mam, jak chcę, żeby to wyglądało i jaki jest cel tego, co robimy.
Ludzie mi zaufali i rozpoczęliśmy rodeo, które trwa do dzisiaj (działamy od 8 lat). Finalnie z pierwotnej ekipy zostali Patrick i Karol, z którymi to właśnie współtworzę projekt Swords (pozdrawiam!). Swords to biegowe crew, zaczęliśmy jako znajomi, a po czasie grupa zaczęła się rozrastać o znajomych znajomych i osoby z ulicy.
Myślę, że wyróżnia nas historia, obecność na mapie ekip w Bridge The Gap, współprace z takimi jak Satisfy, Up-there czy Beinghounted, to, że stworzyliśmy kulturę biegową w Polsce od zera, świadomość naszych ruchów i to, że ekipa powstała z czystej zajawki. A co was tam spotka – trzeba przyjść i się przekonać.


Stany to inny świat, inne możliwości, inni ludzie. Po powrocie jestem pod dużym wrażeniem organizacji chłopaków z Brooklynu, może nie mają najmocniejszej ekipy biegowej, ale pod kątem historii, vibe'u i aspektów wizualno-estetycznych są bardzo bliscy mojemu sercu. Z takich szerszych spostrzeżeń to zauważalne jest, jak mniejsze, „butikowe” firmy biegowe zaczynają wypierać te większe (co druga osoba w NYC biega w Bandit lub Tracksmith).


Czas i dystans to nie jedyne, co można znaleźć w bieganiu. Warto szukać w tym sporcie rozwoju własnych talentów i zainteresowań. Dla mnie to platforma do tworzenia community, projektów, ubrań, eventów etc. W bieganiu każdy może się spełnić i odnaleźć swoją drogę – moda, fotografia, muzyka, gotowanie czy florystyka, cokolwiek!
Dodatkowo – nie słuchaj internetowych szarlatanów i sezonowych biegowych influencerów, szukaj swojej drogi, bądź konsekwentny, stay sober.
